Cysty i guzy


Cysty są bardzo częstym powodem usuwania płata albo nawet całej tarczycy. Takie postępowanie wzbudza we mnie silny sprzeciw. Po pierwsze, ma je dosłownie niemal co drugi człowiek. Gdyby wszystkich przebadać, lekarze zrobiliby inwalidów z naprawdę sporej części społeczeństwa. W imię czego?! Taka cysta co prawda może człowieka zabić, ale są to przypadki niezmiernie rzadkie - bilans zysków i strat jest tu mocno niekorzystny. Okaleczyć tysiące osób by uratować jedną, do tego trzeba wziąć pod uwagę bardzo dużą utratę komfortu życia po takiej operacji, a także uzależnienie od lekarzy. A może właśnie o to chodzi? Żeby pacjent potem do końca życia musiał lekarza utrzymywać? Bo chyba nie o ochronę przed nowotworami, są metody mające dosłownie dziesiątki razy większą skuteczność przy zerowych skutkach ubocznych, a nie stosuje się ich.

Link do opracowania, z którego wynika, że cysty znajduje się u 20-35% pacjentów przy badaniu USG, a u około połowy przebadanych za pomocą biopsji:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/19041821

Nikt na dobrą sprawę nie wie, skąd one się biorą. Można przypuszczać (to moje bardzo luźne, "nienaukowe" przemyślenia), że pojawiają się na skutek rozchwiania równowagi organizmu - czy to z powodu stresu, czy zanieczyszczen. Tarczyca jest niezwykle czułym narządem, jeśli coś jest nie tak - często ona pierwsza cierpi. Być może pojawienie się cyst jest dla nas ostrzeżeniem - "zrób coś ze swoim życiem, bo następny guz nie będzie już taki łagodny". Innymi słowy, możliwe, że jeśli robimy coś mocno nie tak, z jakiegoś powodu niszczymy swoje własne ciało, będziemy mieć większe ryzyko. Badanie z roku 2015, w którym okazało się, że czynniki ryzyka cyst tarczycy pokrywają się z chorobami wynikającymi z niezdrowego trybu życia - cukrzycą, nadciśnieniem, otyłością czy wysokim poziomem cholesterolu:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26389933

Nie podam niesety przepisu na wyleczenie. Nikt nie wie, skąd to się bierze, ani nawet co to jest, więc jak niby leczyć? Osoby obawiające się zmian nowotworowych odsyłam na bliźniaczą witrynę opisującą ten problem, gdzie znajdą metody pozwalające zmniejszyć kilkukrotnie ryzyko wszystkich tego typu schorzeń, co da ochronę nieporównywalnie większą, niż jakiekolwiek zabiegi chirurgiczne.

  • http://www.nowotwory.lekiznatury.net.pl

    Dla zainteresowanych "nienaukowym" podejściem, opiszę przypadek całkowitego wyleczenia bardzo poważnej zmiany. Niejaka Lemia na forum zgłosiła się z pytaniem dotyczącym alternatywy dla wycięcia płata tarczycy. Guz zajął praktycznie całą zdrową tkankę i zaczął ją już dusić, powoli rosnąc. Może oddam głos samej zainteresowanej, po roku diety połączonej z terapią olejem lnianym:

    Minął prawie rok, więc chciałam napisać jak to się u mnie potoczyło. Jestem cały czas weganką, nie stosuję dodatkowych suplementacji, tylko jem świeże warzywa, kasze, oliwy. Pozwalam też sobie od czasu do czasu na odstępstwa - tłusty twaróg, coś słodkiego. Mieszkam teraz w Rumunii, więc mam dostęp do dobrej jakości warzyw. Kaszę gryczaną, płatki owsiane, mniej typowe oleje przywożę z PL. Mam tu też endokrynologa, któremu ufam, taki po maskiewskiej szkole medycznej, co najpierw obwącha mnie, poogląda, a samo usg trwa u niego 30 min. Na początku tego roku guz nagle zmalał - dotknęłam gardła i zdziwiłam się, że go nie czuję.

    Ponoć zdarza sie tak, że uwalniają się płyny, które są w guzie i wtedy on się obkurcza. Z 3,3 cm spadł do 1,2. Swoją drogą KAŻDY lekarz mówił mi, że tej wielkości guzy się nie zmniejszają i trzeba ciąć. Każdy też inaczej interpretował to samo USG - czy to pani co je robiła, pani od biopsji, kolejny endokrynolog - nawet nie było zgody co do tego czy guz jest ciałem stałym czy ma dużo płynów. To o tyle ważne, że jak się ma dużo płynu, to można go odciągać i wypełniać guz metanolem - terapia niechętnie stosowana w PL, ale kilku endokrynologów to robi.

    Wczoraj miałam wizytę kontrolną, której się bałam, bo wyczuwam, że guzek jest dość twardy, ale okazało się, że guz znowu się zmniejszył - tym razem o kilka milimetrów. Mój endo patrzył na usg i nie chciał wierzyć, bo wygląda to tak, jakby guz zanikał. Najpierw podejrzewał mnie o branie dziwnych leków, a potem zaczął rzeczywiście słuchać jak się leczę. W moim przypadku jest tak, że nie położyłam całej nadziei w diecie i aktywności fizycznej, ale zaczęłam też pracować nad swoją emocjonalną stroną. Byłam na kilku warsztatach, medytuję, przeczytałam stos książek o tzw rozwoju duchowym. Na razie to wszystko w połaczeniu działa. Uważam, że ciało fizyczne jest związane z psychiką, i jak się ma w sobie wiele lęków, to się nie wyzdrowieje.

    Dodam, że wszystkie wyniki tarczycowe mam przez cały ten czas w normie i nigdy nie brałam hormonów.

    Wszystko zaczęło się na tym forum, bo dzięki niemu przeszłam z wegetarianizmu na weganizm i uwierzyłam, że mogę wpłynąć na organizm dietą.